| Jak oceniasz wiedze w portalu |
Wklej artykuł i prześlij go do nas. Interesuje nas tylko czysta wiedza bez opinii i komentarzy.Bardzo prosimy o nie przesyłanie kopi z książek, czasopism lub stron internetowych. Nie mamy czasu sprawdzać każdego tekstu. Za każdy przesłany tekst dziękujemy.
No cóż, widać łotrostwem było „kozyrowanie" w chłopskiej chałupie, po ciężkiej pracy. Co innego w dworskich komnatach, w klasztornych celach, w lożach masońskich, w teatrze, na sejmie!
„Kto nie mógł pochwalić się, że podczas publiki w Warszawie albo podczas kontraktów we Lwowie, albo na trybunałach nie przegrał lub nie wygrał w karty sta jednego i drugiego tysięcy, a miał po temu fortunę, ten był poczytany za grubijanina i żmindę".
Przegrywano więc dla szlacheckiego fasonu wielkie dobra. Młodzi chcieli co rychlej dorównać starszym, a nawet prześcignąć ich w umiejętnościach i sławie karciarzy. Jan Kochanowski biada, że często „Nie umie syn szlachecki na konia wsiąść, lepiej kufla świadomy, kart pisanych, malowanych, kostek prawem zakazanych". Ale kto by go tam słuchał! Zdarzali się tak namiętni gracze, że umierali z kartami w rękach. A ile dykteryjek i facecji opowiadano sobie o graczach! Na wołowej skórze by nie spisał! Jedną z najbardziej znanych była anegdota o zapobiegliwym ojcu, który namawiał synów do grania w karty słowami: „Abyście nie narzekali, hultaje, żem wam substancyją przegrał, ale mówiąc, żeśmy przegrali z ojcem". Najbardziej hazardową ze starych gier była „chapanka", czyli „chap" lub „kontra".
Krasicki pisze:
„Kiedy trwa chapanka między kartowniki, bił kinal z pancerolą tuze i niżniki".
Hazardowymi grami były również tryszak, czyli straszak albo flus, mariasz zwykły i szlifowany, pikieta, inaczej rumel, oraz ćwik. Gry lżejsze, mniej grzeszne to: kupiec, kasztelan, wózek, skrzetułka, bicz, nosek, rus, drużbant, zegarek, król, ramsz, panfil i studencki matus primus. W tę ostatnią grę, jak podaje Zygmunt Gloger, nawet „dyrektorowie grali z uczniami na łapy".
Ale „co za dużo, to niezdrowo". Podniosły się wreszcie i głosy krytyczne, nawołujące graczy do opamiętania. W Londynie doszło nawet do manifestacji opisywanej szeroko w prasie. Dnia 15 stycznia 1891 roku zwołano w Exeter Hall wielki mityng pod prezydencją lorda Kinnairda. Na mityngu tym przemawiali: najwyższy sądowy urzędnik, dalej jeden z biskupów panującego anglikańskiego kościoła i kilku innych państwowych dygnitarzy. Domagali się kategorycznie tępienia „kartograjstwa", a szczególnie zapalonych graczy radzili studzić w lochach karcerów. My, Polacy, okazaliśmy się bardziej wyrozumiali dla słabości bliźniego. Nasza walka z nałogiem gry w karty zaczęła się i skończyła na puszczeniu w obieg przysłów oraz porzekadeł w rodzaju: „Kto gra w karty, ma grzbiet obdarty", „Karta wygrana — pokusa szatana", „Kto trzyma w ręku kartę, ma kazanie nic nie warte", „Z mądrym w żarty, z głupim w karty"... Mimo tych przestróg, drwinek i rad udzielanych graczom karty przetrwały do dziś i są, jak za Karola VI we Francji, niezawodnym sposobem na odpędzenie wszelkich nerwacji, melancholii i ciężkich umysłu utrapień. A do wróżenia, jak w starożytności na Dalekim Wschodzie, też nam jeszcze służą, owszem.