Strona główna
Nawigacja
Artykuły

sondy
Jak oceniasz wiedze w portalu
Przydatna wiedza
Może być
Wiedza nieprzydatna

Wyniki

Polecamy
Skorzystaj z wyszukiwarki-wpisz interesujace słowo/słowa
Szukaj:
Wspomóż nas artykułem lub dowolnym tekstem

Wklej artykuł i prześlij go do nas. Interesuje nas tylko czysta wiedza bez opinii i komentarzy.Bardzo prosimy o nie przesyłanie kopi z książek, czasopism lub stron internetowych. Nie mamy czasu sprawdzać każdego tekstu. Za każdy przesłany tekst dziękujemy.

Przejdź do formularza aby dodać tekst

Historia wynalezienia roweru


Historia wynalezienia roweru

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rower z początku, tzn. w połowie XVIII wieku, stanowił coś w rodzaju wąskiej ławeczki na dwóch drewnianych kołach. Amator jazdy siadał na tym urządzeniu jak na koniu i odpychając się nogami od ziemi, mozolnie pokonywał przestrzeń. Rowery tego typu budowano w Niemczech i w Anglii. Ale już w latach osiemdziesiątych tegoż wieku jakiś stolarz na dworze Marii Antoniny, dla ubawienia wiecznie spragnionej rozrywek monarchini, zmajstrował pojazd na czterech kołach, niewywrotny i wielce zmechanizowany. Pojazd ten posiadał bowiem dwa dźwigi i zębaty drąg do obracania tylnymi kołami. Marię Antoninę podobno zachwycił, ale do użytku się nie nadawał. Bo, jak twierdzą współcześni, trzeba było mieć końską siłę, aby pchać wehikuł i kierować nogami, a rękami zmagać się z drągiem stawiającym opór.

Próby wynalezienia jakiegoś lekkiego środka lokomocji, który „nie jedząc obroków" przenosiłby człowieka z miejsca na miejsce — nie ustawały. Wreszcie w 1813 roku Niemiec Karl von Dreis (1785—1851) skonstruował w Mannheim dwukołowy pojazd ze zwrotnym kołem przednim, czyli z pewnego rodzaju kierownicą. Choć i tu jadący odbijał się nogami od ziemi, „rower" Dreisa uważano za cudowny wynalazek. We Francji i w Anglii „drajsyna" stała się czymś tak modnym i pożądanym przez męską młodzież, jak dzisiaj w Polsce motocykle. Starsi ludzie nazywali „drajsynę" nie bez ironii „drewnianym rumakiem" albo „koniem modnisia", na którym jadąc pieszo chodzić trzeba.

Właśnie to chodzenie pieszo podczas jazdy przyczyniło się do rychłego zarzucenia „drajsyny". Pedały, nazwane początkowo deptakami, wynaleziono dopiero w połowie XIX wieku, podobno jednocześnie w Niemczech i w Szkocji. Opornie wchodziły w użycie. Utrzymanie równowagi na pedałowcu wydawało się sztuką wręcz karkołomną, twierdzono, że trzeba mieć „zręczność linochoda'', by tą piekielną machiną sprawnie manewrować.

Niejaki pan Michaux, mieszkaniec Paryża, zaryzykował jednak pewne kapitały i założył pierwszą fabrykę rowerów, nazywanych wtedy bicyklami, welocypedami lub wręcz kołowcami. Były to pojazdy z drewna i żelaza, robiące wiele łoskotu na kocich łbach ówczesnych bruków, a tak niewygodne, że przylgnęło do nich miano „trzęsikości". Trzęsikość jechał wolno i „trzeba było dobrze się na nim zziajać, ażeby dogonić szparkiego piechura". Aby uczynić welocyped szybszym, wciąż zwiększano przednie koło. Okazało się jednak, że można to robić tylko do pewnych granic. Promień koła, na osi którego umieszczano deptaki, nie mógł być przecież dłuższy od nóg jeźdźca. A że i siodełko znajdowało się nad przednim kołem, „błyskawiczny bicykl" był rzeczywiście wywrotny i niebezpieczny.

Kolejny etap ulepszenia roweru to zastosowanie przekładni i przeniesienie pedałów oraz siodełka na środek welocypedu, a następnie zrównanie obu kół. Prawdziwa kariera roweru zaczęła się dopiero w ostatnich latach XIX wieku, kiedy dwaj Francuzi, bracia Andre i Edouard Michelin, wynaleźli oponę z dętką. Trzęsikość przekształcił się teraz w pojazd lekki i poręczny, a umieszczenie siodełka nad tylnym kołem dopełniło warunków wygody.

W Polsce welocypedy rozpowszechniły się dopiero w drugiej połowie XIX wieku, a pierwszy wyścig odbył się w Warszawie w niedzielę 5 czerwca 1864 roku. Zorganizował go w Ogrodzie Krasińskich niejaki pan Władysław Romanowski, właściciel wytwórni powozów i rowerów. Dochód z tej imprezy przeznaczył na wspomożenie ubogich. W wyścigu brało udział sześć welocypedów. Jechali nimi czeladnicy pana Romanowskiego. Na kapeluszach mieli wstążki z wypisanymi nazwami: „Bielany", „Czerniaków", „Praga", „Wilanów", „Wisła" i „Kurier Codzienny". Trasa wyścigu wiodła przez alejki całego (całego!) ogrodu. Tłumnie zgromadzonej publiczności, nie tylko tej wpuszczonej za biletami, ale i tej oblepiającej parkany, gałęzie drzew i dachy sąsiednich domów, aż dech zaparło, gdy przy dźwiękach dętej orkiestry sześć welocypedów ruszyło w bój o pierwsze miejsce. Zawodnicy wiedząc, że trzeba patrzeć przed siebie, a nie, broń Boże, w dół na toczącą się obręcz, bo można dostać zawrotu głowy i runąć — jechali sztywno i w skupieniu. Wygrał „Czerniaków", a całą imprezę opisali dokładnie „przytomni na wyścigu" dziennikarze „Gazety Warszawskiej" i „Tygodnika Ilustrowanego".

Jeszcze tego samego roku zaczęło kursować po Warszawie kilkanaście „stalowych rumaków" od pana Romanowskiego.



admin, 23-02-2011, odsłon: 459
Dodaj komentarz
Twoje imie i nazwisko:

Wpisz komentarz:


Przepisz kod zabezpieczający:



tagi

katalog
katalog
choroby krwi
choroby krwi
kursy szkolenia