| Jak oceniasz wiedze w portalu |
Wklej artykuł i prześlij go do nas. Interesuje nas tylko czysta wiedza bez opinii i komentarzy.Bardzo prosimy o nie przesyłanie kopi z książek, czasopism lub stron internetowych. Nie mamy czasu sprawdzać każdego tekstu. Za każdy przesłany tekst dziękujemy.
Włókno sztuczne budziło początkowo nieufność wśród odbiorców. Wiadomo było powszechnie, że tkanina bieliźniana i pościelowa musi być wykonana z bawełny i pochodzić z Łodzi lub Andrychowa, natomiast najlepszymi tkaninami ubraniowymi były "wełny bielskie".
Każdy szanujący się obywatel, noszący wełniane ubranie, umiał przeprowadzać "niezawodną" próbę, stwierdzającą obecność wełny w tkaninie. Przy kupnie materiału wyjmowano nitkę i spalano. Wydzielający się zapach spalonych włosów, skwiercząca i topiąca się nitka miały wskazywać na czysty, stuprocentowy surowiec wełniany. Tego rodzaju próba dawała jedynie orientacyjny wynik. Chemik kupujący tkaninę ubraniową postępował inaczej. Wiedział dobrze, że włókno wełniane roztwarza się doskonale w gorącym ługu sodowym, a natomiast włókno bawełniane pozostaje w tym roztworze prawie bez zmian. Ucinał więc kawałek materiału o wadze 10 gramów i przeprowadzał z nim prostą próbę. Próbkę wrzucał do zlewki z roztworem ługu i gotował ją kilka minut. Jeśli tkanina była czysto wełniana, nie zostało z niej ani śladu po gotowaniu, gdy natomiast była "procentowa", to znaczy zawierała pewien dodatek bawełny, w zlewce pływały włókna celulozowe. Wystarczyło je teraz wyjąć, wypłukać, wysuszyć i wiadomo było, co nam chciano sprzedać. Przypuśćmy, że w zlewce pozostały 4 gramy włókna celulozowego. Prosty rachunek mówił, że próbka zawierała 6 gramów wełny, a więc tkanina była tylko 60-procentowa.