| Jak oceniasz wiedze w portalu |
Wklej artykuł i prześlij go do nas. Interesuje nas tylko czysta wiedza bez opinii i komentarzy.Bardzo prosimy o nie przesyłanie kopi z książek, czasopism lub stron internetowych. Nie mamy czasu sprawdzać każdego tekstu. Za każdy przesłany tekst dziękujemy.
W Polsce istniała ustawa z kwietnia 1956 roku, która zalegalizowała społeczne warunki dopuszczalności przerywania ciąży do dwunastego tygodnia jej trwania. Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej w 1959 roku wydało przepisy wykonawcze do tej ustawy, z których wynika, że warunki te określa sama zainteresowana kobieta według własnej, subiektywnej oceny. Na podstawie tej oceny — arbitralnej i niekompetentnej, bo uwzględniającej jeden tylko aspekt: warunki socjalne — lekarz wydawał zaświadczenie o dopuszczalności przerwania ciąży, jeżeli nie znalazł przeciwwskazań zdrowotnych. Oczywiście, nie brał on pod uwagę ryzyka związanego z samym wykonaniem tego zabiegu ani wszystkich ujemnych skutków natury moralnej, psychologicznej i biologicznej, które są do przewidzenia i które stanowią to ryzyko, na jakie każda kobieta jest narażona, chociaż nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę.
Wspomniane przepisy wykonawcze zobowiązywały personel medyczny do uświadomienia kobiecie szkodliwości dla jej zdrowia i ryzyka powstania negatywnych skutków przerywania ciąży dla jej przyszłego macierzyństwa. Kobieta powinna także uzyskać odpowiednie informacje na temat metod zapobiegania niepożądanej ciąży, aby mogła w przyszłości uniknąć podobnej sytuacji. O tym obowiązku bardzo wyraźnie przypomina pismo ministra zdrowia z 19 stycznia 1981 roku wysłane do wszystkich lekarzy wojewódzkich w celu rozpowszechnienia wśród lekarzy sprawujących opiekę nad kobietami (poradnie dla kobiet podstawowe i specjalistyczne, ośrodki zdrowia, oddziały i kliniki ginekologiczno-położnicze oraz izby porodowe). W piśmie tym było napisane o metodach działalności oświatowej i o konieczności uprzedzania kobiet o wszystkich niebezpieczeństwach przerywania ciąży. Według tego pisma:
„powierzona lekarzom ocena przedstawionych przez kobietę ciężarną warunków życiowych, które są powodem jej zamiaru przerwania ciąży i upoważnienie ich do wystawiania orzeczeń o dopuszczalności wykonania zabiegu, nie mogą być traktowane wyłącznie jako formalność. Obowiązkiem lekarza, zwłaszcza w przypadkach zamiaru przerwania pierwszej ciąży, jest wnikliwe i zgodne z etyką zawodową przedyskutowanie tej argumentacji z kobietą i przedstawienie jej istoty i aspektów szkodliwości psychofizycznych sztucznego poronienia. W przypadku pozytywnego rezultatu takiej rozmowy należy otoczyć ciężarną szczególnie troskliwą opieką zdrowotną i w razie potrzeby wskazać jej możliwości uzyskania pomocy socjalnej".
Niestety, często rozmowa na temat szkodliwości przerywania ciąży z kobietą, która decydowała się na ten krok, była trudna. Była ona także na ogół spóźniona. Wielokrotnie przekonywali się o tym lekarze, którzy — znając całą prawdę o tym zabiegu — starali się przedstawić kobiecie jego skutki. Lekarz spotykał się często w tych przypadkach ze zdziwieniem:
"Jak to, ten zabieg ma być szkodliwy dla zdrowia, a prawo umożliwia wykonanie go? Czyżby ustawa zezwalała na coś, co jest szkodliwe?"
Dlatego lepiej przedstawić ten problem, głównie od strony medycznej. Trzeba mówić o ujemnych skutkach przerywania ciąży wcześnie, o wiele wcześniej niż wtedy, gdy ciąża, ta "nie chciana", już istnieje. Ponadto jest to problem dotyczący nie tylko kobiety, ale i małżeński, rodzinny i społeczny. A jak dalece małżeński i rodzinny, na dowód pozwolę sobie zacytować fragment listu czytelniczki do redakcji "Kobiety i Życia":
„O moich poglądach na sprawę dopuszczalności przerywania ciąży zadecydowało życie osobiste. Nie jestem osobą wierzącą, moi rodzice — matka Polka, ojciec Szwed-wychowali mnie w duchu laickim. W ciążę zaszłam na czwartym roku studiów z chłopakiem, który później został moim mężem. Wspólnie zdecydowaliśmy, że ją usunę, choć moja matka bardzo mnie zachęcała do urodzenia dziecka, deklarując swoją wszechstronną pomoc. Nie widziałam siebie wśród pieluch. Ciążę usunęłam, potem trochę chorowałam. Wyszłam za mąż, szybko stanęliśmy na nogi, wtedy okazało się, że ja nie mogę zajść w ciążę. Leczyłam się przez cztery lata u najlepszych ginekologów. Inne jeździły za granicę, bawiły się — ja do sanatoriów. Jak nie do Połczyna, to do Krynicy. Miałam 32 lata, gdy orzeczono, że matką nigdy nie będę. W dwa lata później odszedł mój mąż, bo stwierdził, że nie wyobraża sobie życia bez dziecka (ożenił się, doczekał się potomstwa). Dziś zbliżam się do wieku emerytalnego. Jestem samotna, żyję w poczuciu ogromnej osobistej klęski".
Warto, aby każda młoda kobieta, a zwłaszcza ta, która wchodzi w związek małżeński, zapoznała się z tym fragmentem listu.
Ile było w Polsce takich kobiet, dla których pierwsza przerwana ciąża była także jej ostatnią w życiu ciążą? A ile było takich kobiet, które co prawda zaszły potem w ciążę, ale nie mogły doczekać się donoszonego dziecka? A ile z nich rodziło dziecko przedwcześnie, które, aby przeżyło, wymagało wielu jeszcze starań?
Aborcja i komplikacje związane z usuwaniem ciąży 2
Aborcja skutki usuwania ciąży ciąża i aborcja przerywanie ciąży komplikacje po aborcyjne aborcja i cierpienie powikłania poaborcyjne zdrowie aborcja